Sklep Afrykański

Mój przyjaciel Foster John

Johna Fostera poznałem wiele lat temu. Mieszkał wówczas z żoną i małą córeczką w slamsach na obrzeżach stolicy Malawi Lilongwe. Na zawsze pozostanie mi w pamięci jego szczera twarz z szerokim uśmiechem. Kiedy spotkałem Fostera, był bardzo młodym człowiekiem – on sam nie wiedział dokładnie, ile ma lat. Próbował wówczas utrzymać rodzinę, sprzedając na małym straganie wyrzeźbione przez siebie figurki z hebanu. Wtedy Malawi było bardzo biednym krajem afrykańskim i bardzo rzadko odwiedzanym przez turystów. Z tego względu zdobyte pieniądze przez mojego przyjaciela wystarczyły zaledwie na jedzenie… i to nie codziennie.

Całym jego dobytkiem był szałas złożony z kilku desek pokrytych czarną folią oraz kilka figurek na sprzedaż. Oczarowała mnie jego bezpośredniość, otwartość i ciekawość świata, a także pogoda ducha i optymizm, którym tryskał pomimo skrajnej biedy i braku perspektyw na lepsze życie. Szybko zaczęliśmy ze sobą współpracować. Foster okazał się bardzo lojalnym, oddanym przyjacielem i towarzyszem podróży. Był z nami za każdym razem, gdy odwiedzaliśmy z żoną Malawi, Zambię czy Mozambik. Przeżyliśmy wspólnie wiele ciekawych przygód, o których postaram się jeszcze napisać.

O tym, że Foster jest chory na AIDS dowiedziałem się kilka lat przed jego śmiercią. Chorobę wykryto przy okazji bezpłatnych badań zleconych przez UNESCO. Mimo to w dalszym ciągu bardzo chętnie towarzyszył nam w podróżach po Afryce. Ostatni raz spotkaliśmy się około pół roku przed jego śmiercią. Był wtedy świeżo po wizycie u szamana, który powiedział, że jest już zdrowy i będzie żył 140 lat. Za sprawą tej wiadomości na jego twarzy znów zagościł charakterystyczny szeroki uśmiech.

Podczas naszej kolejnej wyprawy do Malawi postanowiliśmy wraz z naszym wspólnym przyjacielem Innocentem odwiedzić grób Fostera. Opiszę te odwiedziny ze szczególną dokładnością, ponieważ wywarły na mnie olbrzymie wrażenie. Kiedy udaliśmy się do domu Fostera zauważyliśmy, że nie był to już ten sam szałas, lecz dość duży, składający się z kilku izb dom zbudowany z wypalanej cegły i pokryty blachą falistą. Część budynku żona Fostera wynajmowała innej rodzinie, co pozwalało jej pozyskać środki do życia po śmierci męża. Ucieszyło mnie to, że dzięki współpracy z nami udało się Fosterowi zabezpieczyć w jakimś stopniu byt materialny żony i córki.

Na nasz widok żona Fostera klęknęła na klepisku, zalała się łzami i w spazmach zaczęła posypywać głowę piachem. Jego młodszy brat, który teraz opiekował się rodziną, poszedł po miejscowego naczelnika, aby ten zaprowadził nas na cmentarz. Początkowo oburzyło nas, gdy w zamian za to oczekiwał niemałej zapłaty. Jednak później okazało się, że pieniądze te były potrzebne do wykupienia swoistego biletu wstępu na cmentarz. Po uiszczeniu opłaty naczelnik wraz z pomocnikiem zniknęli.

Czekaliśmy cierpliwie, siedząc cicho, obserwując wijącą się w spazmach po podłodze żonę Fostera. Po około pół godziny obaj powrócili z torbami wyładowanymi jedzeniem i kazali nam iść z nimi. Szliśmy do małego zagajnika, w którym wśród grobów pasły się kozy, przechodzili ludzie, a nieopodal bawiły się dzieci. Kilka ścieżek wiodło do tego miejsca. Wszyscy, którzy mijali nas na ścieżce przyjaźnie się uśmiechali, pozdrawiali nas i wchodzili w rozmowę. Po pewnym czasie doszliśmy do dużego konara blokującego ścieżkę. Naczelnik kazał nam się zatrzymać. Podszedł do przeszkody, z torby wyjął duży kamień i rzucił nim w stronę cmentarza mówiąc: ,,Do Johna Fostera przyjechali jego przyjaciele z Europy Dorota i Mariusz oraz jego przyjaciel Innocent. Pozwólcie go im odwiedzić w spokoju”. Następnie odrzucił konar, wyciągnął z torby chleb i kukurydzę, a kolejno zaczął rozrzucać po cmentarzu. Niesamowite dla nas było to, że dookoła dalej toczyło się życie, biegały dzieci, przechodzili ludzie i nikt zdawał się nas nie zauważać.

Po odwiedzinach na grobie Fostera, gdzie każdy z nas oddał hołd zmarłemu odpowiedni do swojej religii (Innocent jest muzułmaninem), udaliśmy się w drogę powrotną. Naczelnik znowu zastawił ścieżkę konarem, mówiąc: ,,Dziękujemy Wam, że pozwoliliście odwiedzić naszego przyjaciela Johna Fostera”. Dopiero wówczas mijający nas ludzie zaczęli znowu nas dostrzegać, uśmiechać się i pozdrawiać. Bardzo często wspominamy naszego przyjaciela Johna Fostera. Wiemy, że byłoby to dla niego bardzo ważne. Afrykańczycy wierzą bowiem, że człowiek żyje tak długo jak długo żyje pamięć o nim. Myślę sobie, że być może to miał na myśli Szaman mówiąc o długości życia Fostera, albowiem pamięć o tym dobrym człowieku pielęgnować będzie w sobie z pewnością wielu ludzi.

Categories : Afryka